Dzień dziesiąty- Lubeka, wyspa Poel



Jacek o siódmej rano idzie popływać w jeziorze. Dla mnie jest ciągle za zimno i zastanawiam się, czy w ogóle popływam tego lata.


Kolacja dzień wcześniej;)
Jemy śniadanie (bułeczki!) z pięknym widokiem na poranne jezioro. Kemping pomału się budzi- zawsze z zainteresowaniem obserwuję i porównuję różne rozwiązania i kempingowe akcesoria. Porządki, zmywanie, serwis- i ruszamy do Lubeki.

Przed zwiedzaniem musimy zrobić kolejne zakupy (przerażające, ile człowiek przerabia!). Przed ALDI-m nie ma dla nas wystarczająco dużo miejsca. Próbujemy stanąć na małym parkingu naprzeciwko, ale przy manewrach okazuje się, że należy on do komisariatu policji! Pod groźnym spojrzeniem pewnego policjanta wykonujemy rozpaczliwy manewr zawracania i znikamy mu z oczu.

Miejsce znajdujemy dość daleko, na małym osiedlu domków jednorodzinnych z mini-ogródkami. Zostawiamy Błażeja w kamperze i idziemy po zakupy, obiecując sobie, że tylko podstawowe.😊 Oczywiście skutek jest taki, że muszę poczekać z dwiema wielkimi torbami i zgrzewką wody pod miłym komisariatem, aż chłopcy podjadą po mnie kamperem, bo nie ma sensu tego targać pieszo taki kawał.

(Przy okazji ciekawostka- kupiłam na ten wyjazd hamak i dopiero po rozpakowaniu gdzieś po drodze okazało się, że producent zabezpiecza się przed ewentualnymi roszczeniami klientów, nie dołączając do hamaka linki mocującej. Klient ma ją kupić osobno i sam wziąć odpowiedzialność za swoje połamane nogi itp. A póki co hamak jest bezpieczny i całkowicie bezużyteczny.
Miałam więc obsesję szukania takiej linki wszędzie, gdzie byliśmy. Niestety bezskutecznie, kupiłam ją ostatecznie dopiero po powrocie i hamak znalazł swoje miejsce docelowe w Bieszczadach….ale to już inna historia.)
Lubeka

Lubeka jest przeurocza! Dla nas z Jackiem stanowczo numer jeden ze wszystkich odwiedzonych miast, Błażej zwrócił uwagę na niedobrą atmosferę na deptaku, pełnym dziwnych ludzi. Racja. Ale to deptak.

Nas zachwyciła dzielnica wąskich uliczek, małych ogródków i balkoników, starych domków i kamieniczek. Można by tam chodzić i chodzić bez końca.

Spotkała nas też pierwszy raz dziwna sytuacja. Kiedy usiedliśmy w jednej z małych kawiarni na obowiązkową kawę, właścicielka na dzień dobry rzuciła nam na stół  wielostronicowy kwestionariusz medyczny  do wypełnienia. Włącznie z danymi wrażliwymi. I upierała się, że to obowiązkowe („Mussen Sie!”).

Podziękowaliśmy jej uprzejmie i przenieśliśmy się parę metrów dalej na cappuccino do Włocha, gdzie na odmianę nikt nawet maseczek nie nosił. Ot, paradoksy.





 
Pokręciliśmy się jeszcze ślicznymi uliczkami i nad rzeką Trave, kupiliśmy kilka prezentów,  minęliśmy dom Güntera Grassa, ale mamy do tej postaci stosunek niechętny- nie robimy zdjęcia.

Wróciliśmy do kampera na lunch sałatkowy i ruszyliśmy wreszcie nad morze.
Znaleźliśmy się na wyspie Poel, kemping Leuchtturm. (Mam wrażenie, że nazwa ma coś wspólnego z latarnia morską, która zdobiła pobliską wioskę).

Zrezygnowany...
Kemping, jak się okazuje nie miał dostępu do internetu i płacić można było tylko gotówką. Jacek z początku od razu skreślił to miejsce i chciał się  przenosić, ale dostaliśmy ładną parcelę, właściwie bardziej ogródek z żywopłotem, bardzo blisko plaży z własnym dostępem- pierwszy plusik.

Wyspa Poel, plaża
Potem poszliśmy się przejść nad morze, wieczór był ciepły, plaża zadziwiająco pusta- plusik drugi. Po kolacji  Jacek poszedł jeszcze pobiegać i wrócił z decyzją, że zostajemy nawet dzień dłużej, bo okolica jest bardzo ładna!😊 Żeby było zabawniej wtedy ja dojrzałam do decyzji, że można by się jednak przenieść... 😊

Późnym wieczorem poszliśmy pod prysznic- spotkaliśmy pana porządkowego z latarką, który pilnował zamykania drzwi i ciszy nocnej. No tak, porządek musi być. 😊 Atmosfera NRD zachowana...


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dzień dziewiąty- Hamburg

Skąd taki tytuł i o co w tym chodzi?