Dzień piaty- Altenburg i Wittenberga
W nocy budzi mnie ulewny deszcz. Markiza łopocze na wietrze, strugi
deszczu płyną po niej jak po rynnie, a moje biedne kule kołyszą się
bezradnie, ciągle wiernie świecąc. O nie. Usiłuję dobudzić towarzystwo,
ale mąż monosylabami zbywa moje teatralne szepty i nie przejmuje się
zbytnio. Ponoć mamy pozwolenie na dobicie zepsutej markizy, czy coś w
tym sensie.
Jestem pewna, że już po niej i że mokrej jej na pewno nie schowamy. Niestety sama niewiele mogę. Decyduję się jednak na wyskok w ciemną czeluść w piżamie i uratowanie moich kul. Świecą dalej biedaki do rana, wprowadzając wewnątrz kampera ciepły nastrój. 😊
Rano trochę problemów istotnie mieliśmy, na markizie powstało małe jeziorko, meble i mata były mokre, ale udało się jednak wszystko zapakować i po obowiązkowym serwisie kampera opuściliśmy już to miłe miejsce.
Mamy w planach Lipsk i Wittenbergę, ale mąż decyduje się zatrzymać w Altenburgu i pokazać mi go. Jest prześliczny! Właśnie takie małe, malownicze miasteczko, jakie najbardziej lubię, z krętymi uliczkami, rynkiem i zamkiem. Niestety ciągle leje. Biegiem wspinamy się z mężem na wzgórze zamkowe, szybkim krokiem przemierzamy urocze uliczki.
Na rynku akurat jest targ, jednak deszcz nie pozwala dłużej się nim
nacieszyć. Zatrzymuję się na szybko przy beczce z ogórkami- poprzedniego
dnia skończyły się nam ogórki kiszone i nie mogę się oprzeć takiej
okazji. Niestety, mimo łudzącego wyglądu okazują się później ogórkami w
zalewie octowej.😊
Kamperowy dzień jest krótki. Przez procedury poranne i wieczorne, oraz fakt, że jedzie się jednak znacznie wolniej i pokonuje mniejsze odległości, czas trzeba planować inaczej. Już wiemy, że nie starczy nam czasu i na Lipsk i na Wittenbergę. Rezygnujemy z Lipska. Po południu docieramy do Wittenbergi.
Znajdujemy przyjazny dla kamperów parking i ruszamy na starówkę. Trochę błądzimy, szukamy kościoła, na bramie którego Marcin Luter przybił swoje tezy. Jestem trochę zdziwiona, że nie ma nigdzie autokarów, wycieczek i przewodników. Nie wiem, czy to przez pandemię, czy też temat taki turystycznie mało nośny… Miasto ma w nazwie dopisek Lutherstadt, ale oznakowane jest nie za dobrze pod kątem szukania śladów Lutra.
Znajdujemy kilka jego pomników, ale nie możemy trafić na ten słynny kościół i tę słynną bramę. W końcu syn udaje się do informacji turystycznej i nareszcie wiemy, dokąd iść. Robimy słynnym drzwiom milion zdjęć.
Po drodze widzimy wystawę sklepową z olbrzymią postacią doktora Marcina z klocków lego.😊
Na rynku siadamy na kawę. Właścicielka lokalu uprzedza nas, że nic już o tej porze nie zjemy, ale przecież my to wiemy. W czasie kawowym jeszcze się zmieściliśmy.😊
Ruszamy na nocleg, na wybrany przez syna kemping leśny Olympiasee.
Jest uroczy! Mały, rodzinny, czysty, w lesie nad jeziorkiem,
przypominającym nasze okolice. Bardzo nam się tam podoba, po kolacji
idziemy jeszcze na krótki spacer. Świetnie Niemcy rozwiązują godzenie
interesów rozmaitych grup: widzimy strefę dla rodzin z dziećmi, strefę
dla rodzin z psami z wydzieloną plażą i kąpieliskiem dla psów, strefę
dla wędkarzy.
Chętnie pobyłabym tu dłużej, ale słyszę, że nigdy nie dojedziemy nad morze, jeśli będziemy wszędzie stać dwa dni, więc nic już nie mówię…
Jestem pewna, że już po niej i że mokrej jej na pewno nie schowamy. Niestety sama niewiele mogę. Decyduję się jednak na wyskok w ciemną czeluść w piżamie i uratowanie moich kul. Świecą dalej biedaki do rana, wprowadzając wewnątrz kampera ciepły nastrój. 😊
Rano trochę problemów istotnie mieliśmy, na markizie powstało małe jeziorko, meble i mata były mokre, ale udało się jednak wszystko zapakować i po obowiązkowym serwisie kampera opuściliśmy już to miłe miejsce.
Mamy w planach Lipsk i Wittenbergę, ale mąż decyduje się zatrzymać w Altenburgu i pokazać mi go. Jest prześliczny! Właśnie takie małe, malownicze miasteczko, jakie najbardziej lubię, z krętymi uliczkami, rynkiem i zamkiem. Niestety ciągle leje. Biegiem wspinamy się z mężem na wzgórze zamkowe, szybkim krokiem przemierzamy urocze uliczki.
![]() |
| Altenburg |
Kamperowy dzień jest krótki. Przez procedury poranne i wieczorne, oraz fakt, że jedzie się jednak znacznie wolniej i pokonuje mniejsze odległości, czas trzeba planować inaczej. Już wiemy, że nie starczy nam czasu i na Lipsk i na Wittenbergę. Rezygnujemy z Lipska. Po południu docieramy do Wittenbergi.
Znajdujemy przyjazny dla kamperów parking i ruszamy na starówkę. Trochę błądzimy, szukamy kościoła, na bramie którego Marcin Luter przybił swoje tezy. Jestem trochę zdziwiona, że nie ma nigdzie autokarów, wycieczek i przewodników. Nie wiem, czy to przez pandemię, czy też temat taki turystycznie mało nośny… Miasto ma w nazwie dopisek Lutherstadt, ale oznakowane jest nie za dobrze pod kątem szukania śladów Lutra.
Znajdujemy kilka jego pomników, ale nie możemy trafić na ten słynny kościół i tę słynną bramę. W końcu syn udaje się do informacji turystycznej i nareszcie wiemy, dokąd iść. Robimy słynnym drzwiom milion zdjęć.
Po drodze widzimy wystawę sklepową z olbrzymią postacią doktora Marcina z klocków lego.😊
![]() |
| Wittenberga |
![]() |
| pomnik Lutra |
Na rynku siadamy na kawę. Właścicielka lokalu uprzedza nas, że nic już o tej porze nie zjemy, ale przecież my to wiemy. W czasie kawowym jeszcze się zmieściliśmy.😊
![]() |
| Kemping leśny Olympiasee |
Chętnie pobyłabym tu dłużej, ale słyszę, że nigdy nie dojedziemy nad morze, jeśli będziemy wszędzie stać dwa dni, więc nic już nie mówię…







Komentarze
Prześlij komentarz