Dzień pierwszy- Goerlitz

Goerlitz
Ponieważ nasze plany zmieniły się dość raptownie, podróż zaczęliśmy od wielkich zakupów w Auchan. Inaczej przecież zaopatruje się kuchnię pokładową na podróż ścianą wschodnią, a inaczej na podróż na Zachód 😊
 
Przy okazji pierwszy raz musieliśmy pamiętać, że nasza wysokość to 3.20 m, a więc nie pod każdym mostem damy radę przejechać. Odpadł nasz zwyczajowy skrót do Auchan z domu. 

Po dość chaotycznych zakupach, rozpaczliwej próbie upolowania rozpuszczalnego papieru toaletowego itp., poganiani przez męża, ruszyliśmy w końcu w podróż właściwą.
Kierunek Goerlitz (a potem planowaliśmy jechać stopniowo na północ, nad morze). 


Mąż z synem siedzą w szoferce, ja przy stoliku w „salonie”. Moim głównym zadaniem będzie odtąd łapanie lawendy w doniczce przy każdym zakręcie. Lawenda była ozdobnym elementem wyposażenia naszego kampera.

Wrażenia z pierwszej jazdy niesamowite wszystko stuka, puka, przemieszcza się i klekocze. Wszystkie elementy ruchome muszą być schowane i zabezpieczone, szafki, okna zamknięte- poznajemy nasz nowy standard podróży.

Goerlitz
Okazuje się, że nie zabezpieczyliśmy drzwi prysznica i one do pierwszego postoju grały nam jak harmonia😊

Po drodze usiłujemy się jeszcze szybko ubezpieczyć online. Nie myśleliśmy o tym wcześniej, bo…ściana wschodnia😊 Nie jestem w stanie tego zrobić przez 50 minut, w końcu okazuje się, że to wina awarii strony internetowej ubezpieczyciela. Poddaję się, ale syn robi to w 5 minut na stronie swojego banku.

Jemy pierwszy obiad- McDonald`s na wynos, przy własnym stoliku z lawendą 😊 Trochę błądzimy, już na dojeździe do Goerlitz, około 40 km musimy zawrócić jakąś remontowaną drogą, która zapewnia nam niezłe jacuzzi na sucho.

Dojeżdżamy w końcu do Goerlitz, trenujemy pierwsze miejskie parkowanie i ruszamy na pierwszy wakacyjny spacer. Co za piękne miejsce! Granica polsko- niemiecka jest na moście na Nysie Łużyckiej. Uroda niemieckiej części powala, polska niestety nie jest taka ładna, widać relikty PRL-u. Mnóstwo osób spaceruje, w ogródkach restauracyjnych tłumy, ciężko znaleźć miejsce. Siadamy po polskiej stronie, jemy kolację z pięknym widokiem na rzekę, ale kazano nam strrrrasznie długo czekać na zamówienie.

















Pomału robi się godzina 20. Zaczynamy szukać kempingu. Dzwonię do Alternativer Kamping po stronie niemieckiej. Recepcja już nieczynna, ale pozwalają nam przyjechać, uprzedzając, że nie jest to „normalny kemping”. I rzeczywiście. Niezwykłe miejsce, przypominające trochę instalację artystyczną, na terenie byłej fabryki. Z niewiadomych przyczyn pełne komarów. 
Jesteśmy padnięci, idziemy spać.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dzień dziesiąty- Lubeka, wyspa Poel

Dzień dziewiąty- Hamburg

Skąd taki tytuł i o co w tym chodzi?