Dzień trzeci- nad jeziorem



Kemping Pahna
W nocy padał deszcz. Od tej pory będzie nam towarzyszyć już do końca, przynajmniej raz dziennie. Trzeba było szybko pochować sprzęt zewnętrzny i jeść śniadanie na raty.

Doświadczamy ciasnoty przestrzeni i konieczności współpracy przy każdym ruchu. Świadomie wybraliśmy kamper z alkową, o sztywnym układzie przestrzennym. Nie tylko dlatego, że był najkrótszy. Odpowiadało nam to, że naszej przestrzeni nie będziemy musieli ciągle przeorganizowywać: do jazdy, do spania, do siedzenia. Ceną za to jednak była ciasnota w każdym wymiarze.

Trudno jest podać śniadanie, jeśli na stoliku leży laptop, kable, jakieś papiery, gazety, tomiszcze Tokarczuk, które mąż twierdzi, że będzie czytać oraz sławetna lawenda😊. Nie mogę wyjąć sztućców, dopóki ktoś siedzący przy stole nie odsunie nogi. Takie tam problemiki. W końcu jednak udaje się wszystkim zjeść. Robimy pierwszy serwis kampera: zrzut szarej wody i opróżnienie toalety.

Mąż nie wierzy, że miejsca, które mu wskazuję służą rzeczywiście do tego celu. Nie mylę się jednak. Okazuje się też, że tylko ja- teoretyk wiem, jak wyjąć kasetę WC.😉 Przy okazji kupuję w sklepiku przy recepcji niebieski płyn, o którym pisałam we wstępie. Zależy mi na nim, bo zawartość toalety ma wtedy kolor intensywnie błękitny, co dobrze działa na psychikę. 🙃

Opuszczamy Drezno i kierujemy się nad jezioro w okolice Lipska. Po drodze zatrzymujemy się w Tesco i robimy kolejne wielkie zakupy, jak na wojnę. Okazuje się, że kupiłam wcześniej tylko rzeczy konieczne, a panowie mają wielka potrzebę "pyszności", chrupaczy, słodyczy, owoców i artykułów niekoniecznych. Nie mamy tego wszystkiego gdzie pomieścić, mimo wielkiego garażu. Podróżuje w nim bowiem jeden z trzech rowerów, meble ogrodowe i mata, zbiorniki do wody, buty i mnóstwo innych sprzętów nieokreślonych.😊 

Wydaje mi się, że mamy tego wszystkiego za dużo, ale też jedzenia ubywa błyskawiczne. Zyskuję więc oprócz lawendy nowych towarzyszy podróży. Odtąd miejsce pasażera dzielą ze mną jeszcze nektarynki i pomidory w kartonie. Miejsce okazało się zaskakująco stabilne i przewiewne. 

Tego dnia docieramy na wybrany przez syna kemping Pahna nad jeziorem, niedaleko małego miasta Altenburg. Przez kemping przebiega granica między Saksonią i Turyngią. Ma on klasyfikację ACSI i cztery gwiazdki i moim zdaniem jest tego wart. To był na ten czas strzał w dziesiątkę! Chyba przyszedł pierwszy kryzys i czas było na mały relaks.😊

Dostaliśmy parcelę nad samym jeziorem.Trochę musieliśmy poczekać na pana technicznego, który otworzył nam skrzynkę z prądem (osobne rozliczenie), ale natychmiast rozłożyliśmy mebelki i zjedliśmy na lunch zakupioną w Tesco gotową sałatkę. Mąż pomknął na rower, a my z synem oddaliśmy się nieróbstwu: widoczek, książki, leżak oraz kawa mrożona. 

Po południu zrobiłam obiadokolację, Błażej dolał wody, umyliśmy naczynia, a potem obeszliśmy cały kemping śmiejąc się z jego rozmiarów i dzielnic bogactwa i biedy. Tak to nazwaliśmy, ponieważ bardzo wyraźnie odcinały się pozostałości NRD, które przypominały slumsy: stare przyczepy obite dyktą, każda mająca po trzy dobudowywane przedsionki w różnych stylach, ani to ładne, ani chyba praktyczne, wokół chwasty…A zaraz obok dzielnica „szwajcarska”: doniczki z kwiatami, wiatraczki, jachty. 

Obok z nas rozbili namiot dziadkowie z trójką wnuków. Podziwialiśmy cały czas ich cierpliwość i w ogóle fakt, że im się chce…Nasz podziw zamienił się we współczucie, kiedy późnym wieczorem zaczęło padać. 

Zasnęliśmy jak dzieci. Mnie się w ogóle znakomicie i bardzo wygodnie spało w kamperze. Mąż narzekał na alkowę, ale tylko tam miał wystarczająco dużo miejsca na swoją długość bezwzględną 😊

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dzień dziesiąty- Lubeka, wyspa Poel

Dzień dziewiąty- Hamburg

Skąd taki tytuł i o co w tym chodzi?