Dzień czternasty- powrót
Świetnie się
spało w ostatnią noc, zresztą jak w każdą😊. Chociaż przepraszam, musiałam wstać w nocy wyłączyć ogrzewanie, które
Błażej wieczorem na chwilę włączył i o nim zapomniał.
Ostatni spacer, Uznam
Jemy śniadanie wśród drzew, idziemy na ostatni spacer, robimy ostatni serwis kampera z zakazem korzystania już z toalety, jako że w Polsce stacji obsługi toalet chemicznych za bardzo nie uświadczysz i ruszamy do domu.
Błażej mówi, że to Dzień Chanuczki- Hanukkah’s Day 😊 To imię jednego z naszych kotów, które na pewno wiernie czekają…żartowałam, mają nas w pompie, to my się cieszymy na spotkanie z nimi.
Po drodze widzę pierwszy raz w życiu włochate krowy! Niestety nie mogę zrobić im zdjęcia, mój telefon jak zwykle nawiguje.
I tak docieramy do domu… i tu zaczyna się dopiero polka właściwa, czyli temat tego dnia. WYPAKOWYWANIE KAMPERA. Coś, czego -zaręczam- nikt nie chciałby przeżywać.
Nie do uwierzenia, ile rzeczy targaliśmy ze sobą. Dwie godziny zajęło nam samo ich wynoszenie i układanie na stosy tematyczne, co spowodowało przeobrażenie naszych wnętrz w rodzaj slumsów. Potem trzeba było umyć kampera na błysk…a potem kilka dni prania (znowu!) i rozkładania tychże przedmiotów po domu…
Gdyby mi ktoś wcześniej powiedział, że tak to wygląda, uznałabym, że przesadza. Dla mnie było to najbardziej zniechęcające doświadczenie całej tej kamperowej przygody. Daleko mu do prostego postawienia w przedpokoju zgrabnych lotniskowych walizeczek i kilku prań.
Na szczęście już o nim zapomniałam 😊 i chyba tak to działa, bo znów mam ochotę na kolejną taką przygodę.
Przygotuję jeszcze krótkie podsumowanie, czyli zestawienie najważniejszych plusów i minusów tego rodzaju wyprawy moim okiem.
Zatem cdn.
Komentarze
Prześlij komentarz