Dzień jedenasty- nad morzem


Nad morzem, wyspa Poel
Budzi mnie ból kolana. Raczej starość, niż kontuzja, w każdym razie dobrze, że zostajemy dzień dłużej. Cieszę się na spokojny dzień nad morzem. Nie do końca jednak tak się dzieje.😊

Po śniadaniu idziemy przedłużyć pobyt. Jacek ma nadzieję, że przez noc coś się zmieniło i uda się zapłacić kartą. No niestety, czeka nas spacer do wioski, do bankomatu. Kuśtykam, ale idziemy razem. Widzimy istotnie latarnię morską, ładne chatki kryte strzechą, dwie restauracje. Znajdujemy bankomat. Nie mogę się nadziwić, że atmosfera tutaj jest taka inna, niż w Polsce nad morzem. Jest spokojnie, leniwie, w ogóle nieturystycznie. Żadnych straganików, gofrów, lodów, żadnych smażalni ryb, mało ludzi.



Latarnia morska, wyspa Poel
Znajdujemy malowniczą zatoczkę, pełną dzikich ptaków. Niektórzy kąpią się tu nago, do czego nie mogę się przyzwyczaić. Wracamy do recepcji, przedłużamy pobyt, a potem nic się już nie udaje…

Pojemnik na wodę szarą okazuje się niewymiarowy, trzeba operować miską. Woda czysta jest za daleko, Błażej biega z konewką. Kompresor, który osobiście pakowałam, nie posiada końcówki- czeka mnie dmuchanie ustnie mojego ulubionego akcesorium plażowego, czyli koła, na którym uwielbiam siedzieć i dryfować sobie na falach.

Postanawiam przed pójściem na plażę wstawić jeszcze dwie pralki i tu zaczyna się show.
Pralnię znajduję z trudem, ale okazuje się że pralka wymaga 5x 50 centów, nie inaczej, i oczywiście nie rozmienia pieniędzy. Rozmienia je tylko recepcja. 

Kolejny kurs do niej, kolejna kolejka, powrót do pralek. Jedna ruszyła, druga połknęła mi monety i nadal twierdziła, że trzeba zapłacić. Oddać nie chciała, prać też nie. Szukam pomocy u pani z obsługi, ale jest Ukrainką, mówi że nie wie, jak działa pralka.

Nie mam siły iść czwarty raz do recepcji, proszę Błażeja. Jest zmęczony ręcznym serwisem kampera, ale nie ma wyjścia. Przynosi mi po jakimś czasie cenne monety, w końcu pralka odpala.

Dmucham moje koło i idziemy w końcu nad morze. Relaksujemy się chwilę, jest śliczna pogoda (wreszcie!), na plaży jest kilka osób, ratownik, ale ogólnie cisza i spokój. Żadnych parawanów, Niemcy wolą namiociki plażowe, jeśli już, ale większość osób opala się po prostu na ręczniku, tak jak my.

Testujemy ręczniki szybkoschnące z Decathlona. Moje koło, przedmiot drwin chłopaków, sprawdza się idealnie. Już wiem, jak czują się  mewy kołyszące się na falach- kołyszę się razem z nimi. Jest cudownie, trochę mnie znosi w kierunku wioski, w końcu trzeba wyjść.

I to był koniec mojego relaksu na plaży. Bo ledwo dotarłam spacerem do syna, zadzwonił Jacek, że stoi przed furtką na plażę i czy możemy mu otworzyć. Oczywiście, idę.

Kuśtyk, kuśtyk. Furtka była otwarta, ale to szczegół. Wracamy do syna, kuśtyk, kuśtyk, siadamy. W tym momencie odzywa się alarm w telefonie. Pierwsza pralka skończyła pranie. Trudno, muszę wracać je wyjąć.

A potem już proza życia- druga pralka, suszarka, przygotowanie obiadu. Po obiedzie krótka sjesta, rozmowa z córką i decyzja, co robimy.
 Jacek proponuje rowery, mówi że okolica jest fantastyczna i tylko ze względu na to został tutaj dzień dłużej. Nie jestem pewna, czy dam radę z kolanem, ale o dziwo pedałowanie mi wręcz pomaga.


Objeżdżamy okolicę, trasa jest rzeczywiście piękna, głównie wiedzie nad morzem, momentami podjeżdżamy do stromych klifów, momentami się oddalamy. Mijamy kilka wiosek, jedziemy wśród pól. Jest fantastycznie! Mijamy również kawiarnię z lodami- ale nikt nie wziął pieniędzy, nie tym razem.

I znowu powrót i proza życia, gotowanie zupy na kolację, zmywanie i zaczyna padać.
Zabieram kule solarne do środka, jak ostatnio, robi się świąteczny nastrój.
Błażej wybiera kemping na jutro, Jacek siedzi w deszczu pod markizą. Zostały nam jeszcze dwa dni, jak szybko to minęło….


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dzień dziesiąty- Lubeka, wyspa Poel

Dzień dziewiąty- Hamburg

Skąd taki tytuł i o co w tym chodzi?