Dzień trzynasty- Lütow, wyspa Uznam





Po śniadaniu czeka nas zwyczajowy serwis kampera, przy którym bardzo pomaga nam sympatyczny właściciel. Jest tu tajemniczy system zlewania wody szarej z ukrytym kluczem na drzewie- bawimy się więc trochę w podchody, koniec końców wszystko się udaje i ruszamy na wyspę Uznam.
Uznam, Lütow

To będzie nasz ostatni nocleg po stronie niemieckiej i zarazem w kamperze, następnego dnia planujemy przekroczyć granicę i dojechać do domu.

Na wyspie Uznam znajdujemy kemping leśny  NaturCamp- Usedom w miejscowości Lütow. Teoretycznie ładny, ale w praktyce jest zbyt duży, to całe leśne miasteczko!

Na dzień dobry dostajemy mapkę kempingu i możemy sobie wybrać miejsce, jedno z czterech zaznaczonych przez recepcjonistkę. Bardzo miłą skądinąd, mąż Polak, więc próbuje z nami rozmawiać po polsku, ze średnim skutkiem.😊Dopiero, kiedy załapujemy, że to polski, udaje się nam co nieco zrozumieć.

Ruszamy z Jackiem z mapką w dłoni na dłuższy- okazuje się- spacer. Kemping jest większy, niż się wydawał, a mapka nie taka prosta, jak zwykle mapki. Oznaczenie parceli jest też w stylu harcerskim, a to na kamieniu, a to na drzewie, a to domyślne. Pada ulewny deszcz. I ten moment wybiera sobie nasza córka na telefon, że zepsuła jej się zmywarka. Klasyk. Wyjazd bez awarii w domu to żaden wyjazd.

Wybieramy więc w pośpiechu i lekkich nerwach jedno z miejsc (później okazało się, że było jedno lepsze), byleby się jak najszybciej zainstalować i wysuszyć.

W recepcji nieanglojęzyczny Francuz nie radzi sobie zupełnie z nagromadzeniem polskich spółgłosek w naszym adresie- trwa to i trwa, niczym scena w słynnym filmie „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”. Na szczęście pomogła mu w końcu nasza żona Polaka.

NaturCamp in Usedom
NaturCamp in Usedom

Po ustawieniu kampera i wstępnym wypakowaniu okazuje się, że musimy go odwrócić, bo stoi bez sensu, potem bardzo długo czekamy na pana technicznego od skrzynki, przyjeżdża dopiero po godzinie i dwóch moich interwencjach w recepcji. Nie mam pewności, czy Francuz w ogóle mnie zrozumiał. Obiecuję sobie, że zdanie „proszę uprzejmie otworzyć skrzynkę z podłączeniem prądu” wykuję na przyszłość przynajmniej w piętnastu językach. Swoją drogą zabawne, że słowo prąd jest tak różne w różnych językach: electricity, Strom, corrente…

Oczywiście perypetie te, połączone z kiepską pogodą, ogólnym zmęczeniem i Hiobowymi wieściami z Polski psują nam nieco humory.

 Późnym popołudniem w końcu się przejaśnia, idziemy na spacer. Nie widać tu morza, tylko zatokę. Woda jest słodka. Prowadzą do niej schody ze stromego urwiska, nie ma plaży, robi się krok wprost do wody. Jacek idzie boso, ja mam kalosze.

Na urwiskiem pole namiotowe, bez żadnego zabezpieczenia, biegają dzieci. Włącza mi się od razu nauczyciel- jak one tu nie spadają? A jak się kąpią?







Podoba mi się, że mieszkańcy namiotów spokojnie otrząsają się z deszczu i wracają do kempingowania: grille, łódki, piłka.

Widzimy też niezwykłe pojazdy kempingowe: były autobus, były pojazd wojskowy, a myślałam że mnie już nic na kempingu nie zaskoczy.😊

Trzeba pomyśleć o kolacji. Wcześniej szukam z mapką toalety i wycieczka ta tak mnie wyczerpuje intelektualnie, że już potem nie mam siły szukać punktu mycia naczyń. Pierwszy i ostatni raz myję je w kamperze- niewyobrażalne zużycie wody!

Wieczorem idę na drugi spacer z Błażejem, znajdujemy dzikie miejsca, trochę bagienne. Tną komary.

A potem Jacek wyciąga mnie jeszcze z łóżka na wieczór przy świecach. W końcu zielona noc😊

W końcu padam i zasypiam od razu.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dzień dziesiąty- Lubeka, wyspa Poel

Dzień dziewiąty- Hamburg

Skąd taki tytuł i o co w tym chodzi?